Blog Tomka Wójcika

Moje miejsce w Sieci

Jak pisałem roku temu zwykłem wraz z początkiem kolejnego roku robić małe podsumowanie minionych 12tu miesięcy. Pora więc usiąść i napisać coś o roku 2009.

Muzycznie
Rok 2009 w muzyce był naprawdę wyjątkowy. Co chwila coś się działo - zespoły wydawały kolejne płyty, artyści wracali na scenę po latach studyjnego milczenia, odbywały się koncerty… Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem i uśmiechem na twarzy :). Patrząc wstecz stwierdzam, że działy się naprawdę rzeczy niesamowite. Starałem się niczego nie ominąć i z każdym wydawnictwem zapoznać. Dzięki kilku dobrym znajomym poznałem też dźwięki, które absolutnie mnie zniszczyły. Dane mi było być w ubiegłym roku na imprezach, które będę pamiętał przez całe życie… Ale po kolei :).

Płyta roku
1. the Gathering - “The West Pole” - po trzech latach i zmianie wokalistki the Gathering powrócili z nowym albumem. Albumem, na który czekałem z zapartym tchem. Albumem, w który wsłuchiwałem się z uśmiechem na twarzy. I wreszcie albumem, do którego wracałem setki razy. Nie ma sensu mówić więcej niż - cudo.
2. Fever Ray - “Fever Ray” - płyta Fever Ray była zjawiskiem w moim małym światku. Zmieniła sposób postrzegania i odbierania przeze mnie muzyki. Utonąłem w tych dźwiękach. Towarzyszyły mi w podróży, gdy siedziałem w ciemnym przedziale pociągu i gapiłem się przez okno. Coś pięknego!
3. VNV Nation - “Of Faith, Power and Glory” - na 3cim miejscu VNV Nation i ich nowe dzieło. Nie ma co, Panowie pokazali klasę. Wielu zarzuca ich muzyce “ugrzecznienie” czy stagnację, ale dla mnie te dźwięki to esencja muzyki projektu. Kop, energia i jak zwykle niezawodne teksty :).

Na “podium” znalazły się 3 z kilkunastu wydanych w tym roku płyt, z którym się zapoznałem. Trzy z kilku, które naprawdę przypadły mi do gustu… Premier była masa, ale ani Depeche Mode, ani The Prodigy, ani U2, ani Lacuna Coil, ani Agnieszka Chylińska, ani Closterkeller ani inni (o których teraz nie pamiętam) mnie do siebie nie przekonali. Dwie świetne płyty Anneke (jedna akustyczna i jedna “pełna”) zostają poza podium, bo brakło miejsca :).

Utwór roku Ze wszystkich ścieżek, którymi się zachwycałem w roku 2009tym wybrałem jedną… Tą jedyną. Tą, która wryła mnie w ziemię. Tą, której tekst znam na pamięć i potrafię go wyrecytować na największej bani, czy obudzony o 2giej w nocy… Mowa o “Dry and dusty” Fever Ray. Nie będę pisał dlaczego. Po prostu to jest ta ścieżka. Nic dodać, nic ująć.

Koncert roku Koncertowo to 2009ty był dość słaby. Ot, dwa koncerty Artrosis (Wrocław i Kraków), Anathema (lipiec), Fever Ray (sierpień), Closterkeller (październik), dwie imprezy WEF (styczeń i listopad), VNV Nation (grudzień), Cathedrale i kilka mniejszych imprez lokalnych, których nie pamiętam. Ilościowo bez szału. Za to jakościowo… Imprezą roku był fenomenalny wręcz koncert Fever Ray w ramach festiwalu Tauron Nowa Muzyka. To wydarzenie sprawiło, że zacząłem zupełnie inaczej postrzegać granie na żywo. No i dawno tak nie odleciałem :). Drugie miejsce dla VNV Nation za energię, kontakt z publicznością i set. Trzecie miejsce dla Anathemy za świetnych 50 minut muzyki i “Flying”. Wyróżnienie dla imprez WEF (z naciskiem na tą z udziałem Rosjan) i Cathedrali (z naciskiem na luty i grudzień oraz podziękowaniami dla DJów za sety).

Muzyczne odkrycie roku Tak jak pisałem wcześniej zapoznałem się z całą masą nowych dla mnie dźwiękow. W znakomitej większości były to klimaty około-elektroniczne… Nie uwierzycie, ale wciągnął mnie ambient, industrial, EBM… Prym w inspirowaniu mnie wiodła Kamila do spółki z Tomaszem. Ze wszystkich artystów, których poznałem wybrałem Karin Dreijer Andersson. Twórczyni Fever Ray, współtwórczyni The Knife, gościnnie występująca u innych (m.in. Röyksopp)… Dorobek tej kobiety to dla mnie jakiś kosmos. Jej głos zawładnął moim umysłem :). Niniejszym chciałbym podziękować Kamili za przedstawienie mi tej przepięknej muzyki.

Zawodowo
Przyznam się Wam szczerze, że na początku roku nie przewidywałem tego, co się wydarzy. W kwietniu stworzyłem projekt, którego upublicznienie przyniosło dość niespodziewany dla mnie skutek - ludziom się spodobał! Mowa oczywiście o BlipTunes. Z biegiem czasu ta aplikacyjka stała się dla mnie motywacją do zgłębiania tajników programowania na Maki. Zrobiłem podczas jej rozwoju takie rzeczy, że sam się dziwię, że to ogarniam :). Tym bardziej się cieszę i z uśmiechem na twarzy myślę o tych wszystkich godzinach, nocach czy kubkach kawy poświęconych rozwojowi mojego “oczka w głowie”. Chciałbym również podziękować wszystkim użytkownikom i ludziom pomagajacym mi (w ten czy inny sposób) w pracy nad projektem :). Mogę z powodzeniem stwierdzić, że odniosłem mały osobisty sukces :).

Prywatnie
Prywatnie stwierdzam, że to był dobry rok. Działy się fajne rzeczy, dzięki czemu miałem przyjemność kilka razy ujrzeć wschód Słońca :). Najcieplej wspominam te wszystkie Cathedrale, imprezę WEF z udziałem Rosjan, urodziny Miśka…

Jak zwykle od dłuższego czasu trudno mi było wysiedzieć w Częstochowie. Znów zwiedziłem kawałek Polski, tym razem zapuszczając się aż nad morze :). Gdańsk, Kraków, Wrocław, Warszawa, Katowice, Zakopane, Słowacja (w drodze powrotenej z Zakopca), Wielka Brytania i Eurotrip… Jakby na to nie patrzeć pojeździłem sobie po Świecie. Ogromnym pozytywem był wypad do Gdańska, gdzie udałem się na urodziny Jenny. Dobra impreza i świetna wycieczka :).

O minionych 365 dniach możnaby gadać długo i wiele wspominać… Nie ma jednak sensu pisać o wszystkim, bo byście pousypiali przy komputerach z nudów :). Dużo się działo, fajnie się działo, fajnych ludzi się spotkało… Bywało lepiej, bywało gorzej… Ogólny bilans na plus i z tego się cieszyć należy :).

Przed nami 365 dni (teraz to już trochę mniej…) roku 2010go. Dla mnie zacznie się od niemałych rzeczy, ale o tym w swoim czasie :).

Szczęśliwego Nowego Roku!

Opublikowany w Imprezy, Internet, Muzyka, Ogólne, Podróże, Programowanie | Jedna odpowiedź »

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku chciałbym wszystkim Wam życzyć dużo zdrowia, uśmiechów losu, sił do spełniania marzeń, dobrych pomysłów, powodzenia w pracy (lub w szkole), fajnych imprez, najlepszych-z-najlepszych znajomych. Bez względu na to co, gdzie i z kim będziecie robić w Sylwestra życzę dobrej (i bezpiecznej!) zabawy :).

Do zobaczenia/usłyszenia/spisania się w Sieci w roku 2010tym!

Pozdrawiam,
Tomek Wójcik.

Opublikowany w Ogólne | Jedna odpowiedź »

Cofnijmy się w czasie… Jest 21szy listopada, sobota. Wstaję sobie z łóżka, dreptam do kuchni w celu zrobienia kawy. Po drodze odpalam komputer. Z pełnym kubkiem siadam przed monitorem, odpalam GG, na którym czeka na mnie wiadomość dnia od Bubu - 17go grudnia w Warszawie zagrają VNV Nation :). Nadzieję, na to że dane mi będzie w tym roku zobaczyć VNV na żywo w zasadzie straciłem w połowie października, kiedy to zespół opublikował rozpiskę trasy na swojej stronie. A tu proszę - niespodzianka ;).

Do Stolicy wraz z Bubu wybraliśmy się PKS’em, który nasze piękne miasto opuścił o godzinie 12:35. Droga mijała bardzo przyjemnie dopóki nie dotarliśmy do Janek. Spodziewałem się opóźnienia, ze względu na warunki atmosferyczne, ale nie aż dwu i pół godzinnego. Dokładnie z takim poślizgiem dotarliśmy do Warszawy. Całe (słownie: całe) Środmieście było zakorkowane. Autobus, którym jechaliśmy z dworca Warszawa Zachodnia na Stare Bemowo, włókł się niemiłosiernie, dopóki nie opuścił Centrum. O 19:45 po długiej podróży zawitaliśmy w jednym z Warszawskich akademików, gdzie oczekiwał nas Bard z pizzą i herbatą :). Kilkanaście minut później ruszyliśmy do Progresji, która oddalona była o 5 minut spaceru :).

W Klubie dowiedzieliśmy się, że występ supportującej gwiazdę Desdemony został odwołany, ze względu na to, że zespół nie dotarl na czas. Wcale się nie dziwię :). Występ VNV Nation miał się rozpocząć planowo, czyli o 21ej. Godzinka wolnego czasu upłynęła na rozmowach o wszystkim i niczym, czyli w sumie standardowo. Chwilę po 21ej salę wypełniły dźwięki utworu “Pro Victoria”. Ludzie podreptali bliżej sceny… Koncert się zaczął.

O “żywym” VNV Nation słyszałem wiele dobrego - że energia, że zaangażowanie, że kontakt z publicznością, że dobre sety. To co działo się w Progresji przez te dwie godziny występu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że naprawdę świetny set (o nim za chwilę) to jeszcze wzorowe wręcz podejście do odbiorców. Frontman (Ronan Harris) żartował, śmiał się, dyskutował z publicznością i zagrzewał nas do zabawy. Nadało to całej imprezie kameralnego charakteru - nie czułem się jak na koncercie (było nie było) gwiazdy, ale jak na występie zaprzyjaźnionej kapeli :). Zespół specjalnie dla nas zmienił set i wrzucił do niego utwór, którego dopraszała się publiczność. Do nagłośnienia nie mam prawa się przyczepić - staliśmy blisko sceny, a mimo to nie zostaliśmy ogłuszeni. Odpowiednio głośno, bardzo selektywnie i bez problemów technicznych. Wizualizacje i oświetlenie postawiły kropkę nad “i”.

Setlista była taka: “Pro Victoria”, “Tomorrow Never Comes”, “Testament”, “Darkangel”, “Further”, “Sentinel”, “Chrome”, “The Great Divide”, “Illusion”, “Homeward”, “The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Epicentre”, “Beloved”, “Perpetual”. Co tu dużo mówić - pierwsza klasa. Obecność moich ukochanych “Chrome” i “Homeward” bardzo mnie ucieszyła. Agnieszka ucieszyła się z “Epicentre” :). 15 utworów (plus intro) złożyło się na dwie godziny genialnego występu. “Perpetual” przeciągnęliśmy, nie pozwalając artystom zejść ze sceny :). Podczas wielu utworów (”The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Beloved”) słychać było jak 3/4 publiczności spiewało. Mało kto stał w miejscu, a na “Perpetual” zrobiło się naprawdę tłoczno, po tym jak Ron zaprosił wszystkich tak blisko sceny jak się da. Wszystkie utwory zostały zagrane na pełnym gazie, wokalista się nie oszczędzał. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ (nie oszukujmy się) tłumy na imprezę nie przybyły - było może 200 osób. Tuż przed zejściem ze sceny Ron zapewnił nas, że VNV jeszcze do nas wrócą.

Wyszliśmy z Progresji ok. 23:20. Udaliśmy się wprost do akademika w celu odebrania od Barda mojego plecaka. Na dworzec Warszawa Centralna dotarliśmy chwilę po północy. Na miejscu okazało się, że nasz pociąg jest opóźniony o ok. 30 minut. Oczekiwanie na ciuchcię jak i sama podróż do domu upłynęła nam na rozmowach o koncercie i wielu innych rzeczach. O 3:45 dotarliśmy do Częstochowy. Wchodziłem do domu z uśmiechem na twarzy. Problemy komunikacyjne, mróz i tłok w pociągu nie dały rady przyćmić genialnego klimatu i koncertu.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować Agnieszce i Bardowi. W takim towarzystwie i z takim zapleczem żadna droga nie jest straszna ;). Dzięki!

PS. Chciałbym oficjalnie i przy wszystkich przeprosić Bubu za namawanie do złego (czyt. jeżdżenia po Warszawie bez biletów i przechodzenia na czerwonym). Więcej się to nie powtórzy, obiecuję :).

A dla tych, których to wydarzenie ominęło kilka filmików. Materiał nagrany Nokią, więc szału nie ma, ale może poczujecie tą energię…

embedded by Embedded Video

VNV Nation - “Sentinel”
embedded by Embedded Video

VNV Nation - “The Farthest Star”
embedded by Embedded Video

VNV Nation - “Epicentre”
embedded by Embedded Video

VNV Nation - “Chrome”

Opublikowany w Imprezy, Muzyczne odloty, Muzyka, Podróże | 2 odpowiedzi »

Dziś, w środę, 18go dnia miesiąca listopada 2009go roku dysk twardy w moim MacBook’u poległ z przyczyn bliżej nieokreślonych :(. W związku z tym chciałbym poinformać, że sieciowa komunikacja ze mną może być mocno ograniczona. Jeśli nie ma mnie na GG to znaczy, że najpewniej jestem offline. Jeśli macie coś bardzo ważnego to najlepiej będzie jeśli skontaktujecie się ze mną przez e-mail, formularz kontaktowy na tym blogu lub tradycyjnie przy pomocy telefonu komórkowego.

Postaram się reanimować moją dzielną maszynę tak szybko jak pozwolą mi na to możliwości. Spodziewam się, że może mi ten proces zająć nawet tydzień :(. Obawiam się, że sporo danych (na szczęście w większości prywatnych) przepadło bezpowrotnie. Mam jednak nadzieję, że wraz z Forgerem odzyskamy część z nich, przynajmniej tą na której najbardziej mi zależy. Przy okazji - dzięki Forgi za pomoc!

Miłego sieciowania, trzymajcie się i do przeczytania/usłyszenia niebawem!

Opublikowany w Ogólne | Jedna odpowiedź »

#blipiwogdansk

Zdjęcie z wypadu do Gdańska na blipowe piwo połączone z urodzinami ^jenny, 19.09.2009.

Ktoś w pewnym momencie rzucił “Tomek, siądź na leżaku. Porobimy zdjęcia.” a ja się zgodziłem. Oto efekt :).

Zdjęcie autorstwa Jenny.

Opublikowany w Fotoblog, Tomek | 3 odpowiedzi »

MacKozer na Blipie zwrócił mi dzisiaj uwagę na mój tekst z zeszłego roku pt. “Aspołeczność w Sieci?”, a to wszystko w kontekście czystego robienia sobie przeze mnie jaj z nowej usługi Naszej Klasy - Śledzika. Postanowiłem lekko rozszerzyć poruszony przeze mnie rok temu temat.

Generalnie niewiele się zmieniło - nadal jestem aspołeczny. Ba, ostatnio nawet bardziej niż zwykle. Upodobałem sobie dni takie jak dzisiaj, gdy przy kubku herbaty i muzyce siedzę sobie w pustym domu i cośtam robię. Ilość spotkań towarzyskich, w których biorę czynny udział spadła do tzw. niezbędnego minimum. Nie zamierzam Wam tego tłumaczyć inaczej niż tak, że tak mam. I już, koniec, kropka.

Podobnie jest w sferze Sieciowej. “Magiczną” liczbę 100 znajomych na NK przekroczyłem dopiero niedawno (o ile mnie pamięć nie myli to w sierpniu) - po dwóch latach od zarejestrowania się w serwisie. Niby mam konta na Last.fm, Facebook’u i MySpace, ale są to czyste “rezerwacje” miejsca na tych serwisach. Trochę inaczej jest z Blipem. Aktywnie blipuję od końcówki lutego tego roku. Blip jest fajny. Przywodzi mi na myśl IRC’a, z którego dawno temu bardzo lubiłem korzystać i dzięki któremu zawarłem kilka trwających do dzisiaj sieciowych znajomości, z których dwie przerodziły się w “prawdziwe” kontakty :). Dużo piszę na Blipie, biorę czasami udział w akcjach typu #nocnemarki, dokładam swoje trzy grosze do zestawu okołoblipowych aplikacji. Wszystko to m.in. dlatego że podoba mi się formuła Blipa, są tam ciekawi ludzie, piszący zwykle interesujące rzeczy… Najbardziej lubię tag #slucham, bo dzięki osobom tam piszącym poznałem muzykę np. Trentemøller’a. Z czasem zauważyłem coś jeszcze - mojego bliploga odwiedzają ludzie, którzy z Blipa nie korzystają. Wyszło to na jaw przy okazji wyjazdu na koncert Artrosis do Krakowa w kwietniu tego roku. Spacerowałem sobie w najlepsze po Krakowie i dostałem SMS’a od znajomej o treści mniej-więcej “Miłego spacerowania i dobrej zabawy na koncercie”. I to jest właśnie to co mi się najbardziej w Blipie podoba - pomimo komunikatorowego charakteru nadal jest mikroblogiem, którego (podobnie jak tego bloga) czytać może każdy.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Śledzik mnie do siebie nie przekonał, bo jest ograniczony do użytkowników Naszej Klasy. Co więcej, Nasza Klasa i jej użytkownicy ostatnio poważnie mnie denerwują i już kilka razy nosiłem się z zamiarem usunięcia swojego konta. Jak na razie schowałem je w szukajce, bo dość już miałem wiadomości prywatnych od osób z którymi zdecydowanie nie chcę trzymać kontaktu, komentarzy od jakichś małolat pod awatarami czy zaproszeń od kont typu “Polscy Metalowcy”, których właściciele myślą, że skoro mam w znajomych profil pewnego polskiego zespołu, jego fanklubu i kilku muzyków to zaakceptuję zaproszenie od nich. Jakiś czas temu (oj, to już rok…) moja koleżanka stwierdziła, że NK przeradza się w serwis randkowy. Czasami jak oglądam niektóre zdjęcia i profile, czytam komentarze czy rozmawiam z ludźmi to dochodzę do wniosku, że podstawowa funkcja serwisu mocno się już rozmyła, a sama Nasza Klasa to bardziej globalna galeria jej użytkowników.

Tak więc… Nadal jestem aspołeczny, nadal nie lubię durnych rozmów w stylu “Co słychać? Nic? To fajnie!”, ściskania się na powitanie, nabijania postów na forach przez gadanie o niczym, słodzenia sobie w komentarzach w galerii na NK (z definicji nie komentuję zdjęć) itp. Blipuję i jest to wyjątek potwierdzający regułę aspołeczności. Konta na innych portalach społecznościowych mam, żeby je mieć. To samo dotyczy Twitter’a, z którego korzystam, żeby wiedzieć na bieżąco co się dzieje w obozie Anathemy :).

Opublikowany w Internet, O sobie samym | 3 odpowiedzi »

No i skończyły się wakacje. Nie, żebym je miał, ale mimo wszystko pewien okres czasu się skończył. Wszelkiego rodzaju przerwy szkolne są moimi ulubionymi okresami roku, głównie ze względu na puste autobusy, masowe powroty do Częstochowy studentów i wiążącą się z nimi mnogość okazji do wypicia piwa oraz ogólny klimat luzu.

Tegoroczne wakacje były dla mojej skromnej osoby szczególnymi. Po pierwsze dlatego, że spędziłem je nad wyraz aktywnie i kolorowo. Odwiedziłem Wielką Brytanię i pobieżnie Europę, odświeżyłem kilkanaście dawno już zakurzonych znajomości, podobnej ilości ludzi uścisnąłem w tym roku dłoń po raz pierwszy, wróciłem do aktywnego hałasowania przy użyciu gitary basowej, oglądałem Częstochowę i inne miasta nocą, ruszyłem w Polskę na kilka (słownie: dwie) dużych imprez muzycznych oraz (last, but not least) stałem się Dorosłym Człowiekiem :). Jak widzicie działo się.

Zacznę więc może od końca. Od 2go sierpnia prowadzę wraz z bratem kawalerskie życie. Różnice widać na pierwszy rzut oka - na naszą głowę spadło płacenie rachunków, utrzymywanie domu i okolic okołodomowych w rozsądnym porządku, robienie zakupów, wymyślanie i gotowanie obiadów, ogarnianie kota, pranie, zmywanie i inne niesamowicie interesujące zajęcia :). Przyznam, dość nieskromnie, że idzie nam nieźle. Chata stoi, trawniki dookoła niej nie wyglądają jak brazylijska dżungla, pralka nie patrzy już na mnie z ukosa tylko potulnie spełnia moje prośby dotyczące czystości ubrań, w lodówce/śmietniku/zlewie nie rozwinęły się żadne obce formy cywilizacji, posiłki są w miarę regularne i treściwe, zdarza nam się myśleć o tym “co jutro i pojutrze na obiad” i nie odwiedziły nas ani raz służby mundurowe (nawet podczas odbywającej się w połowie sierpnia imprezy). Co prawda dom prowadzony przez dwóch braci kawalerów (singli w dodatku) rządzi się swoimi prawami, ale to chyba norma, że w tygodniu nasze życia kręcą się dookoła kuchni, komputerów, telewizora, prysznica i łóżek :). Ja osobiście najbardziej dumny jestem z tego, że wszystko jest w porządku i mogę z czystym sumieniem spodziewać się nalotów kumpli/kumpelek/babć/dziadków/cioci/wujków czy innych bliżej niezidentyfikowanych ludziów :). Ogólnie jest dość bezstresowo i luźno, co mnie oczywiście bardzo cieszy.

Co do moich muzycznych przygód to nadal nie mogę wyjść z podziwu, że dwie imprezy mogły mnie tak ciężko poryć. Koncert Anathemy umocnił moje przywiązanie do tej muzyki oraz dał możliwość poskakania sobie przy “Empty” czy innym “Fragile Dreams”. Występ Fever Ray zaś wywrócił do góry kółkami mój sposób odbierania muzyki na żywo i w ogóle wyobrażenie dotyczące grania live. Mija trzeci dzień od tego fenomenalnego wydarzenia, a ja wciąż nie mogę przestać o nim myśleć. Wczoraj podczas spotkania w Cafe Belg dość poważnie się zawiesiłem nucąc w głowie “Dry and Dusty”. Po prostu zostałem absolutnie zmiażdżony i obawiam się, że nigdy się z tego stanu nie wygrzebię. Zakończenie wakacji w stylu, który przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

O ile lata generalnie nie lubię (bo patelnia na ulicach, ukrop w biurze z którym nie radzi sobie klima, sauna w autobusach, komary itp.) o tyle przyznać muszę, że pora ta sprzyja grill’owaniu, piciu piwa pod parasolkami i w plenerze, nocnym spacerom w towarzystwie jakiejś duszy lub iPod’a, dużym festiwalom i imprezom “pod chmurką” oraz spotkaniom z dawno nie widzianymi ludźmi. Wszystkim tym rozwrywkom i przyjemnościom oddawałem się tego lata z niekłamaną przyjemnością, zwykle w towarzystwie wyjątkowych jednostek (lub ich grup) z którymi mam zwyczaj się zadawać. W zasadzie to jak sięgam pamiecią tak nie potrafię sobie przypomnieć równie aktywnych wakacji. Jest to oczywiście ogromny pozytyw, bo z natury uwielbiam robienie czegoś w miejsce robienia niczego.

O urlopie już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Dodam tylko, że drugą jego część spędziłem w Częstochowie na aktywnym wypoczynku (czyt. czytaniu książki przy piwku i muzyce), ganianiu po okolicach Olsztyna i robieniu tego wszystkiego na co zwykle brakowało mi czasu lub sił. Za rok planuję powtórzyć ten schemat, ponieważ sprawdził się on idealnie. Zmienię tylko Anglię na Bolków, ponieważ zamierzam w końcu skończyć z odgrażaniem się i pojechać na Castle Party.

Nadszedł wrzesień, więc podjąłem stanowczą decyzję, że się biorę do roboty. Na dniach zapiszę się na kurs angielskiego w Empik School, żeby reaktywować zdolność bezproblemowego komunikowania się w tym języku. Wracam do kodu i moich projektów. Biorę się do pracy nad jednym z dwóch dużych pomysłów, które mam w głowie. Oba dzisiaj dość dokładnie opisałem i zweryfikowałem pod kątem obecności czegoś podobnego w Sieci. Teraz pozostaje tylko wybrać. Pozostawiam ten temat do rozpatrzenia w ciszy, ponieważ jak powszechnie wiadomo tylko spokój rodzi objawienia :). W tzw. międzyczasie wracam do Blipa, BlipTunes i mojego biblioteki blipowej dla Cocoa. Roboty mam na jakieś 2-3 tygodnie, więc moje dylematy powinny się rozwiązać.

Na zakończenie chciałbym Wam życzyć udanych nadchodzących miesięcy. Cokolwiek będziecie robić - uczyć się, studiować, pracować, bawić się, odpoczywać, dbać o dom/mieszkanie, wychowywać dzieci etc. - mam nadzieję, że się Wam to wszystko uda i da tyle radości, co mnie mijające właśnie wakacje :).

Opublikowany w Ogólne | Jedna odpowiedź »

29go sierpnia wraz z Ankarą i Bubu wybrałem się do Katowic na festiwal Tauron Nowa Muzyka. Humory nam dopisywały, nawet pomimo niezbyt ciekawej pogody (w Częstochowie i Katowicach padało od rana i nie zanosiło się na zmianę) dzięki czemu podróż do Katowic wydała się być momentem :). Na tereny festiwalu, odbywającego się w Katowickiej kopalni węgla kamiennego, dotarliśmy około 18tej.

Na miejscu odetchnąłem z ulgą z kilku powodów. Po pierwsze obie sceny były zadaszone (duża znajdowała się w namiocie przypominającym dwa połączone namioty cyrkowe, a mała w foliowym namiocie typu “szklarnia”); po drugie obsługa imprezy była całkowicie bezstresowa (raz sprawdzili Agnieszce plecak, a do Kamili i mnie nawet nikt nie podszedl); po trzecie ceny były przystępne (6 zł za piwko, 6-9 zł za coś do jedzenia). Wszelkie nasze obawy zniknęły od razu :). Jedyne co mnie osobiście irytowało to wszechobecny piasek, który w wyniku opadów deszczu zmieniał się momentami w błoto :). Po zmroku okazało się że budynki kopalni i jej wieża są podświetlone, co dodało imprezie specyficznego klimatu. Organizatorzy spisali się na medal :).

O godzinie 19tej zaczął się występ pierwszego wykonawcy - projektu Minoo, który potraktował nas żywą i szybką mieszanką przeróżnych dźwięków - od elektroniki przez samplowaną perkusję aż do trąbek i smyczków. Po nim wystąpił projekt o C.H. District. Artysta otworzył set linią basową, która wgniotła mnie w ziemię :). Bas był tak mocny i głośny, że przez dłuższą chwilę miałem wrażenie że wszystko dookoła (włącznie ze mną) się trzęsie. Z czasem się przyzwyczaiłem, ale wrażenie pozostało. Muzyk i wizualizator zaserwowali nam typowo taneczną muzykę. Bardzo mi się ten klimat spodobał :). Po tym występie nastąpiły prawie dwie godziny przerwy, które spędziliśmy w ogródku piwnym rozmawiając o tym i o tamtym. O 23ciej rozpoczął się występ projektu Tim Exile, grającego mocno eksperymentalną muzykę taneczną. Dla mnie to był najsłabszy punkt wieczoru, ale to być może dlatego, że myślami byłem już pod dużą sceną, gdzie niebawem miała wystąpić Gwiazda Wieczoru :).

Pod główną scenę udaliśmy się ok. 23:40 z zamiarem bycia jak najbliżej. Okazało się to nie lada wyzwaniem, ponieważ na podobny pomysł wpadła już większość publiczności, co zaowocowało tłokiem :). Nie zmienia to faktu, że pod przewodnictwem Kamili dotarliśmy dośc blisko sceny :). Kilka minut po północy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki “If I Had A Heart”, światła rozbłysły a na scenę weszli artyści. Co mnie od razu uderzyło to fakt, że wykonawcy nie wyszli “tak po prostu” na scenę, stanęli za instrumentami i zaczęli grać. Cały występ był doskonale wyreżyserowanym spektaklem. Scenę udekorowano lampami pokojowymi (pulsującymi w rytm muzyki), rozpalono kadzidła, artyści występowali w kostiumach. Karin na początku wyglądała jak jakaś szamanka, gość grający na congach przypominał mi kata (z czewonym workiem na głowie), a ktoś grający na syntezatorach był umalowany jak klaun i mial na głowie wielką czapkę ;). Do tego wszystkiego dodajcie oszałamiające efekty świetlne. Fever Ray po prostu nas zahipnotyzowali. Artyści łącząc swoją niezwykłą muzykę z wspaniałą oprawą stowrzyli niepowtarzalny klimat, którego nie oddadzą żadne słowa, zdjęcia czy filmy. Po prostu trzeba było tam być :). W godzinnej setliście oprócz debiutanckiego albumu projektu znalazł się również cover Nick’a Cave’a i utwór pt. “Here Before”, którego nie umieliśmy zidentyfikować. Bardzo ucieszyłem się z “Triangle Walks” (mój ulubiony utwór z płyty) i “Keep The Streets Empty For Me”. Po koncercie aż smutno było odejść spod sceny :).

Teren kopalni opuściliśmy kilkadziesiąt minut po pierwszej. Udaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do Częstochowy, do której dotarliśmy o 3ciej.

Słowem podsumowania, wypad do Katowic był naprawdę szczególnym wydarzeniem. Mój pierwszy duży festiwal tego typu, zakończony niesamowitym występem. Do tego doborowe towarzystwo Pań, których humor i entuzjazm bardzo szybko mi się udzielił. Za rok będę bacznie śledził informacje o kolejnej edycji festiwalu, z zamiarem wybrania się na to wydarzenie.

Na zakończenie chciałbym podziękować Ankarze za info o imprezie i kosmiczną dawkę dobrego humoru oraz Bubu za podtrzymywanie klimatu (Twoja akcja z “wyniosłam piwo!” rządzi) i bezpieczne prowadzenie samochodu.

Poniżej kilka zdjęć i filmików. Jakość może nie zachwyca, ze względu na ograniczone możliwości mojej Nokii E51, ale publikuję te materiały, żeby ci których nie było zobaczyli co ich ominęło :).

Dodatkowo polecam galerię z festiwalu opublikowaną na Onet.pl dostępną tutaj.

embedded by Embedded Video

Fragment występu C.H. District.
embedded by Embedded Video

Fever Ray - “Triangle Walks”
embedded by Embedded Video

Fever Ray - “When I Grow Up”
embedded by Embedded Video

Fever Ray - “Keep The Streets Empty For Me”

Opublikowany w Muzyczne odloty, Muzyka, Podróże | Jedna odpowiedź »

Fever Ray - "Fever Ray"

Rzadko kiedy zdarza się, że dźwięki totalnie oderwane od moich głównych muzycznych nurtów oczarowują mnie tak, że na kilka dni tonę w nich totalnie. Tak było w przypadku albumu o tajemniczym tytule “Fever Ray”, który na początku kwietnia tego roku dała mi do posłuchania Ankara.

Fever Ray to projekt Karin Dreijer Andersson, współtwórczyni szwedzkiego duetu The Knife, z którym wydała trzy płyty wypełnione po brzegi nietuzinkową muzyką elektroniczną. Jej solowy album również bazuje głównie na syntezatorach i automatach perkusyjnych, ale wykorzystuje te instrumenty zupełnie inaczej. Muzyka jest eksperymentalna, dopracowana i w przeważającej większości wolna. Każdy utwór zbudowany jest z wielu warstw nakładających się na siebie dźwięków, na pozór stwarzających wrażenie chaosu. Znika ono po uważnym wsłuchaniu się w piosenki, okazuje się bowiem wtedy, że każda pojedyncza ścieżka jest w pewnym sensie galaktyką :). Pojedyncze dźwięki pojawiają się i znikają jak komety, basy i perkusje tworzą jednolite układy a wszystko jak gwiazdy rozświetlają syntezatory. Szczerze mówiąc to trudno mi opisać to, czego właśnie słucham, ponieważ muzyka Fever Ray jest absolutnie unikatowa. Magiczna mieszanka ambient’u, new age’u, trip hop’u, minimal’u i elementów innych gatunków.

Pomimo tego skomplikowania muzycznego album byłby niczym bez świetnego wokalu Karin. Śpiew zwraca na siebie uwagę ze względu na niecodzienny głos Karin, w dodatku często elektronicznie modyfikowany głównie poprzez zastosowanie pitch-shifter’ów. Sama maniera śpiewu jest też bardzo intrygująca. Wokalizy są jak dla mnie najbardziej trip’ową częścią muzyki. Momentami potrafią wręcz zahipnotyzować słuchacza.

Teksty dopełniają unikatowego wizerunku tej płyty. Są równie wielobarwne co muzyka i równie niecodzienne co wokale. Nie ma się z resztą czemu dziwić, ponieważ w jednym z wywiadów autorka powiedziała, że piosenki są owocem nieprzespanych nocy spędzonych na opiekowaniu się jej dzieckiem. Nie próbuję nawet zabierać się za interpretację tekstów, ponieważ nie ma to w przypadku Fever Ray większego sensu. W zamian stwierdziłem że te słowa to taki sen - są i przedstawiają jakieś obrazy.

Pomimo tego, że od mniej-więcej sierpnia zeszłego roku ciągle zagłebiałem się w muzykę elektroniczną zderzenie z “Fever Ray” było dla mnie swego rodzaju szokiem. Kilka dni trwało zanim wsłuchałem się w tą muzykę, jeszcze dłużej zanim się z nią oswoiłem. Od samego początku wiedziałem, że to nie płyta, która nadaje się do codziennego słuchania. Z czasem przekonałem się, że są to dźwięki idealne na tło samotnego spaceru po ulicach opanowanego przez noc miasta :).

29 sierpnia bieżącego (2009) roku Fever Ray wystąpi w Katowicach w ramach Festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Jadę na ten koncert, ponieważ chcę usłyszeć jak brzmi muzyka elektroniczna na żywo. Od dłuższego już czasu nurtuje mnie to, jak wygląda jej granie. Bardzo też jestem ciekaw jak zabrzmi Karin :).

Moja ocena (standardowo już profesjonalna-inaczej) to 6. Ta płyta zafascynuje każdego kto nie boi się muzycznych eksperymentów i bardzo dziwnych kombinacji liryczno-wokalno-muzycznych. Wszystkim niezdecydowanym polecam zapoznanie się z dwoma singlami, do których klipy wklejam poniżej.

Na koniec chciałbym podziękować wspomnianej na wstępie Ankarze za przedstawienie mi muzyki Fever Ray.

YouTube Preview Image

Fever Ray - “When I Grow Up”

YouTube Preview Image

Fever Ray - “Triangle Walks”

Opublikowany w Muzyczne odloty, Muzyka | 2 odpowiedzi »

Powiększ zdjęcie

Moja rodzina, stan na 02.08.2009. Tego dnia moi rodzice i siostra wyjechali do Wielkiej Brytanii. W Częstochowie zostaliśmy ja i Damian - mój brat :).

Opublikowany w Fotoblog | 6 odpowiedzi »

« Poprzednie posty