Centrum Sterowania Wszechświatem :)

4 odpowiedzi

Czajcie, jakie sobie w domu urządziłem stanowisko pracy pieszczotliwie zwane Centrum Sterowania Wszechświatem :).

MacBook, monitor LG W2361V, głośniczki Genius SP-HF500A, klawiatura i mysz Logitech. Teraz tylko jeszcze wyposażyć się w hub USB, 10m kabla HDMI (LCD ma mi zastąpić TV i być podłączony do nboksa) i będzie git. W tzw. planie długoterminowym mam zastąpienie MacBooka Makiem Mini, a głośniczków Geniusa monitorami Yamahy HS50M. Wtedy już w ogóle będzie full wypas :).

PS. Mac OS X w rozdzielczości full HD (1920×1080) wygląda przekosmicznie! Szkoda tylko, że filmy DVD wyglądają momentami wręcz tragicznie :(. Rozumiem już dlaczego niektórzy narzekają na to, że Apple nie wspiera Blu-Ray…

Anathema – “We’re Here Because We’re Here”

Brak odpowiedzi

Anathemę poznałem na przełomie 2003 i 2004 roku, czyli już po premierze “A Natural Distaster”. Sporo czasu minęło zanim polubiłem muzykę tego zespołu. Była inna, momentami trudna a momentami łatwa w odbiorze, z tekstami poruszającymi różne tematy. Musiałem do wielu utworów dorosnąć. Czas płynął a zespół milczał. Koncertowali co prawda, ale mimo to czułem pewien niedosyt. Tym bardziej ucieszyłem się z informacji o tym, że prace nad nowym albumem trwają. Trwały one i trwały, zespół koncertował, muzycy podzielili się z fanami trzema utworami w wersjach roboczych, wydali półaktustyczną płytę pt. “Hindsight” (na której był jeden nowy utwór), ale ciągle nie było nowego krążka. Premiera była przesuwana kilka razy, ale w końcu nadeszła. 31 maja 2010 roku światło dzienne ujrzała płyta Anathemy pt. “We’re Here Because We’re Here”. Do mnie dotarła kilka dni wcześniej, co mnie niewątpliwie ucieszyło.

Album jest wydany w postaci mini-książeczki. Twarde okładki, świetna wkładka wypełniona tekstami utworów i zdjęciami, genialna oprawa graficzna. Całość przyprawiona odrobiną minimalizmu. Strona wizualna zrobiła na mnie ogromna wrażenie.

Nabyłem wersję z bonusowym DVD, na którym jest dokładnie ten sam materiał co na CD, ale w formacie 5.1. Przyznam, że nie spodziewałem się jakichś drastycznych różnic w brzmieniu wersji DVD, ale mocno się zdzwiłem. Surround dodał muzyce głębi i przestrzeni. Co prawda poczułem to dopiero, gdy posłuchałem u kumpla na jego zestawie, ale i tak było warto. Ogólnie zaś do brzmienia nie mogę mieć zastrzeżeń – jest równo, selektywnie, nie za głośno. Muzyka jest różnorodna, momentami progresywna, okraszona eksperymentami instrumentalno-brzmieniowymi. Cieszy mnie duża ilość partii drugiej wokalistki zespołu, Lee Douglas. Bardzo podoba mi się to, że jest sporo gitary akustycznej :).

Gdy pierwszy raz słuchałem płyty od razu wyczułem coś w muzyce Anathemy niespotykanego – pozytywny nastrój. Teksty nie są już depresyjne, muzyka jest lżejsza. Zaskoczyło mnie to, bo Anathema zawsze kojarzyła mi się z dołem czy poruszaniem tematów typu alkoholizm. “We’re Here Because We’re Here” od pierwszych do ostatnich dźwięków nastraja słuchacza pozytywnie brzmiąc przy tym naturalnie. Jak dla mnie bardzo miła odmiana :).

Album otwiera “Thin Air” słowami “Love is free in time in peace…”. Ten utwór spodobał mi się od razu, głównie za to, że nie jest jednostajny i za tekst. Dobry początek, który później przechodzi w znacznie szybsze i żywsze “Summernight Horizon” z totalnie pokręconymi partiami klawiszy i ślicznymi wokalizami Lee. “Dreaming Light” zwalnia na chwilę tempo i pozwala wyjść do przodu gitarze basowej. W ogóle to dawno nie słyszałem tak fajnej ballady. W sam raz do przytulania się na kanapie z kimś bliskim. “Everything” jest moim najulubieńszym utworem z całego albumu. Ciepły, żywy, bogaty muzycznie, ze świetnym tekstem i wokalami Lee. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem w kontekście Anathemy, ale to jedna z najlepszych piosenek o zabarwieniu miłosnym jakie w życiu słyszałem. “Angels Walk Among Us” genialnie łączy wszystkie elementy brzmienia zespołu, powoli rozpędzając się i dając pole do popisu Vincentowi, Lee i gościnnemu Ville Valo. “Presence” z recytowanym tekstem o przemijaniu, życiu i śmierci na tle gitarowo-klawiszowego podkładu otwiera bardziej progresywną część płyty. A na koniec Lee śpiewa fragment tekstu z “Angels Walk Among Us” :). “A Simple Mistake” to skomplikowany, wielowarstwowy utwór muzyczny, w którym pełno jest różnych smaczków. “Get Off, Get Out” zaczyna się dość spokojnie, by później nieźle się rozpędzić i dać pole do popisu basiście. Brzmienie basu jest genialne, muszę spróbować takie wykręcić z mojej gitary :). “Universal” za to jest wg mnie najsłabszą piosenką ze wszystkich. Jak dla mnie jest trochę zbyt smętny i przeciągnięty. W połowie co prawda się ożywia, ale mimo to trochę mnie męczy. Może na żywo będzie inny… Album zamyka “Hindsight”, składający się z recytowanego tekstu na tle gitarowych przygrywek przechodzących w rozbudowaną (i dość długą) część instrumentalną z powoli gasnącym zakończeniem. Dziwna piosenka :).

“We’re Here Because We’re Here” to unikalny album w całej dyskografii Anathemy. Bardzo dobry powrót na scenę, choć nie tak dobry jak powrót the Gathering. Anathema poszła w stronę progresywnego rock’a, a ten gatunek nie do końca mi odpowiada. Nie zmienia to faktu, że to bardzo dobra i warta polecenia płyta. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. I za to właśnie dostanie ona 5+.

Na zakończenie wkleję Wam do posłuchania “Everything”. Jak tu się nie zakochać w takiej ślicznej piosence? :)

YouTube Preview Image

Dzień Przyjaciela

Brak odpowiedzi

Dziś Dzień Przyjaciela!

Z tej okazji chciałbym wszystkim moim przyjaciółkom i przyjaciołom życzyć wszystkiego co najlepsze, powodzenia w życiu, dużo radości i uśmiechów, zdrowia i czego tylko chcecie :). Dziękuję Wam za to, że jesteście, pamiętacie, pomagacie, słuchacie, mówicie, rozśmieszacie, imprezujecie ze mną i w ogóle za wszystko :). Dedykuję Wam wklejoną poniżej piosenkę, która choć nie do końca pasuje to jednak ilekroć ją slyszę to o Was myslę…

Jesteście tam?

YouTube Preview Image

Kraków, czyli Tomek w Wielkim Mieście…

8 odpowiedzi

… no dobra, może nie takim wielkim, ale dla rodowitego Częstochowianina każda miejscowość w której jest więcej niż jedna linia tramwajowa jest wielka :).

Jak pewnie niektórzy (czyt. większość) z Was wiedzą od początku lutego mieszkam i pracuję w Krakowie. Do tego pięknego miasta sprowadziłem się za sprawą Forgera, który wkręcił mnie do nowej pracy :). Nie pochwaliłem się wcześniej, bo zwyczajnie nie miałem czasu. Mam ostatnio dużo zajęć, przez co blogowanie zostało zepchnięte na boczny tor :(. Obiecałem jednak sobie, że nadgonię w najbliższym czasie zaległości i napiszę o tym, o czym chcę napisać… Zacznijmy jednak od Krakowa.

Praca była głównym powodem mojej przeprowadzki. Za sprawą Jacka pracuję dziś przy rozwoju ogromnego projektu. Nie mogę Wam powiedzieć więcej niż to, że to gra przeglądarkowa :). Cieszę się z nowej posady przeogromnie, ponieważ to przy czym teraz pracuję jest dla mnie zupełnie nowe. Uczę się takich rzeczy i używam najnowocześniejszych technologii. Każdego dnia czuję, że się rozwijam i zdobywam nowe doświadczenia, a to dla mnie bardzo ważne. Pod względem finansowym też jest bardzo dobrze, ale o tym gadać sensu nie ma. Mam kasę na życie, na szaleństwa, na nowe zabawki, na oszczędzanie itp. Więcej mi w tej chwili nie trzeba.

Mieszkanie dzielę z Jackiem i czasami Kubą. Mieszkamy w fajnej okolicy – jest spokojnie (przez dwa prawie trzy miesiące były tu dwie imprezy, obie w weekend), blisko do miasta i pracy (na Rynek mam 30 minut spaceru). Mieszkanie może nie należy do najnowocześniejszych, ale też narzekać nie mogę. Mam swój własny pokoik, wygodne łóżko, biurko, szafę i sporo miejsca do dyspozycji. Panuje u nas bezstresowy klimat. Nie ma się czemu dziwić – znamy się z Jackiem parę lat, obaj jesteśmy dorośli i każdy ma swoją przestrzeń.

Kraków to magiczne miasto. Pełno tu zieleni, ludzi na ulicach, fajnych widoczków… Zdążyłem już poznać kilka lokali, w których w weekendy dzieją się fajne rzeczy. Jest co robić, można pospacerować, dobrze zjeść w mieście a policjanci jeżdżą zielonymi Matizami i nie czepiają się za bardzo Tomków wracających z rockotek po kilku piwach :). Dokładniejsze poznanie Krakowa jeszcze przede mną, ale już czuję że to miasto mnie wciągnie. Dobrze się tu czuję.

I tak to sobie żyję od prawie trzech miesięcy w Mieście Królów. Do Częstochowy wracam na weekendy, choć nie wszystkie. Ciągnie mnie do domu, znajomych ludzi, knajp i ulic, ale nie zawsze jest możliwość. Poza tym w Krakowie łatwiej mi wypocząć czy też skoncentrować uwagę na dodatkowej pracy. Mniej osób i wydarzeń odwraca moją uwagę…

Kumpel mój Raku jakiś czas temu powiedział, że zmiana rodzi kolejne. Racje miał, nie pierwszy zresztą raz :). Nowa praca, nowy adres, nowi ludzie, nowe miejsca, nowe pomysły, nowy wygląd bloga (podoba się?), nowy wiatr w żaglu… Jest dobrze i myślę, że będzie jeszcze lepiej :).

Poniżej mini-galeria zdjęć z mieszkania.

the Gathering, Klub Loch Ness, Kraków, 29.01.2010

Brak odpowiedzi

Pierwszy koncert jednego z najbardziej ulubionych zespołów to jak pierwszy łyk piwa w piątkowy wieczór, jak nadejście ulubionej pory roku czy jak spotkanie z kimś, kogo się dawno nie widziało. To coś na co się czeka, do czego się tęskni i w czym pokłada się ogromne nadzieje…

Na koncert the Gathering w Polsce czekałem bardzo długo, bo dokładnie tyle ile ich słucham – 3 lata. W lipcu 2007go roku byłem nawet gotów jechać do Pragi, ale pewne czynniki (czyt. kasa) mi na to nie pozwoliły. Gdy pod koniec zeszłego roku przeczytałem na stronie zespołu informację o koncercie w Polsce ucieszyłem się jak dzieciak z lizaka. Nie ma się czemu dziwić :).

Piątek, 29.01.2010 zaczął się dość ciężko. Zaspałem na pociąg i obudziłem się z ciężkim kacem, który był efektem przebytej wieczór wcześniej imprezy. Nie poddałem się jednak i o 11:45 wsiadłem do autobusu, ktory zawiózł mnie do Krakowa. Pomimo dość trudnych warunków (zima w tym roku nie rozpieszcza kierowców) dotarłem na miejsce ok. 14:30, czyli z minimalnym opóźnieniem. Spotkałem się z Anią i razem udaliśmy się do mieszkania, które miało mnie gościć. Od wyjazdu z Częstochowy wszystko szło jak po maśle, co mnie bardzo ucieszyło.

Do Loch Ness dotarliśmy po 19tej. Przed bramą lokalu przywitał nas dość nieśmiało “konik”, co mnie absolutnie zniszczyło. Konik na Gathering? Kolejka do klubu była krótka – staliśmy w niej może 10 minut. Sam klub mnie nie zachwycił – mało miejsca, malutka scena, brak miejsc siedzących. Nie to co Studio… Chociaż tyle, że napoje (mniej i bardziej wyskokowe) były w rozsądnych cenach :). Oczekiwanie na początek upłynęło Ani, Jackowi i mnie na gadaniu o wszystkim i niczym. Standard.

Chwilę po 20tej sceną zawładnął holenderski zespół Autumn. Nie napiszę o ich występie za dużo, ponieważ ich muzyka niespecjalnie do mnie przemawia. Za to technika gry i kompozycja utworów jak najbardziej. Gitarzyści grali na udziwnionych akordach, perkusista i basista dzielnie nie pozwalali się zepchnąć w tło, klawiszowiec podkładał bardzo fajne i różnorodne partie a wokalistka… Wokalistka Autumn to osobny temat – żywa, dynamiczna, uśmiechnięta, dobrze przygotowana i sprawiająca wrażenie bardzo sympatycznej osoby. Do tego bardzo urodziwa :). Przyznam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pomimo faktu, że muzyka zespołu mi zwyczajnie nie leży to bardzo fajnie się bawiłem podczas ich koncertu. Doskonały support.

Im bliżej było występu the Gathering tym bardziej się nakręcałem. Przeciskałem się coraz bliżej sceny, recytowałem w pamięci teksty utworów, czekałem… Prawdę mówiąc, dawno się tak nie czułem na koncercie. Gdy już zabrzmiały pierwsze dźwięki, a na scenie pojawili się muzycy totalnie odleciałem :). the Gathering całkowicie mnie zahipnotyzowali. Każdy kolejny utwór niósł mnie coraz dalej, a obecność w secie moich najukochańszych ścieżek sprawiła, że te dwie godziny wycisnęły ze mnie siódme poty. Zdarłem sobie gardło, nabawiłem się bólu karku, nadużyłem mięsni nóg… Wszystko to jednak było nieważne i zostało zrekompensowane przez klimat koncertu. A klimat był niesamowity – uśmiechnięci muzycy, entuzjastyczna publiczność, wzorowa oprawa wizualna. Co mi się osobiście bardzo podobało to fakt, że ludzie cieszyli się z nowych numerów podobnie jak ze starych. Podczas koncertu Silje zrobiła nam zdjęcie, które później umieściła na Twitter’ze. Kolejnym fantastycznym elementem koncertu była kondycja muzyków, którzy bez zarzutu wykonali nawet stare kawałki. Ogromne brawa należą się Silje za bezbłędnie wykonane “On Most Surfaces”. Kończące występ “Travel” wgniotło mnie w podłogę. Znam ten numer na pamięć, słuchałem go tysiące razy, ale na żywo po prostu jest niesamowity…

Setlista była taka: “When Trust Becomes Sound”, “No One Spoke”, “Great Ocean Road”, “On Most Surfaces”, “A Constant Run”, “Analog Park”, “The West Pole”, “Leaves”, “In Motion #1″, “No Bird Call”, “Even the Spirits Are Afraid”, “Saturnine”, “Marooned”, “All You Are”, “Travel”. Jak dla mnie set marzeń. Zabrakło co prawda materiału z “Home”, ale cóż… Cuda się nie zdarzają :).

Po występie Gathering usiedliśmy sobie na chwilę na parapecie. Trzeba było ochłonąć i przeczekać tłok w kolejce do szatni :). Przy okazji udało mi się zdobyć autograf perkusisty zespołu na paczce po papierosach :D. Pomimo zmęczenia wracałem do mieszkania uśmiechnięty od ucha do ucha. Opłacało się czekać trzy lata na wizytę the Gathering w Polsce.

Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że to był jeden z koncertów mojego życia, obok Metalliki (2008), Anathemy (2008) i Fever Ray (2009). the Gathering podnieśli poprzeczkę moich muzycznych oczekiwań w tym roku do poziomu, któremu trudno będzie dorównać :).

Poniżej standardowo kilka filmików. Mało materiału, bo postanowiłem skoncentrować się na muzyce i zabawie, a nie staniu z komórką :). Małą galerię zdjęć znajdziecie np. na Flickrze.

embedded by Embedded Video

Fragment występu Autumn
embedded by Embedded Video

the Gathering – “When Trust Becomes Sound”
embedded by Embedded Video

the Gathering – “Great Ocean Road” (fragment)

Podsumowanie roku 2009.

2 odpowiedzi

Jak pisałem roku temu zwykłem wraz z początkiem kolejnego roku robić małe podsumowanie minionych 12tu miesięcy. Pora więc usiąść i napisać coś o roku 2009.

Muzycznie
Rok 2009 w muzyce był naprawdę wyjątkowy. Co chwila coś się działo – zespoły wydawały kolejne płyty, artyści wracali na scenę po latach studyjnego milczenia, odbywały się koncerty… Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem i uśmiechem na twarzy :). Patrząc wstecz stwierdzam, że działy się naprawdę rzeczy niesamowite. Starałem się niczego nie ominąć i z każdym wydawnictwem zapoznać. Dzięki kilku dobrym znajomym poznałem też dźwięki, które absolutnie mnie zniszczyły. Dane mi było być w ubiegłym roku na imprezach, które będę pamiętał przez całe życie… Ale po kolei :).

Płyta roku
1. the Gathering – “The West Pole” – po trzech latach i zmianie wokalistki the Gathering powrócili z nowym albumem. Albumem, na który czekałem z zapartym tchem. Albumem, w który wsłuchiwałem się z uśmiechem na twarzy. I wreszcie albumem, do którego wracałem setki razy. Nie ma sensu mówić więcej niż – cudo.
2. Fever Ray – “Fever Ray” – płyta Fever Ray była zjawiskiem w moim małym światku. Zmieniła sposób postrzegania i odbierania przeze mnie muzyki. Utonąłem w tych dźwiękach. Towarzyszyły mi w podróży, gdy siedziałem w ciemnym przedziale pociągu i gapiłem się przez okno. Coś pięknego!
3. VNV Nation – “Of Faith, Power and Glory” – na 3cim miejscu VNV Nation i ich nowe dzieło. Nie ma co, Panowie pokazali klasę. Wielu zarzuca ich muzyce “ugrzecznienie” czy stagnację, ale dla mnie te dźwięki to esencja muzyki projektu. Kop, energia i jak zwykle niezawodne teksty :).

Na “podium” znalazły się 3 z kilkunastu wydanych w tym roku płyt, z którym się zapoznałem. Trzy z kilku, które naprawdę przypadły mi do gustu… Premier była masa, ale ani Depeche Mode, ani The Prodigy, ani U2, ani Lacuna Coil, ani Agnieszka Chylińska, ani Closterkeller ani inni (o których teraz nie pamiętam) mnie do siebie nie przekonali. Dwie świetne płyty Anneke (jedna akustyczna i jedna “pełna”) zostają poza podium, bo brakło miejsca :).

Utwór roku Ze wszystkich ścieżek, którymi się zachwycałem w roku 2009tym wybrałem jedną… Tą jedyną. Tą, która wryła mnie w ziemię. Tą, której tekst znam na pamięć i potrafię go wyrecytować na największej bani, czy obudzony o 2giej w nocy… Mowa o “Dry and dusty” Fever Ray. Nie będę pisał dlaczego. Po prostu to jest ta ścieżka. Nic dodać, nic ująć.

Koncert roku Koncertowo to 2009ty był dość słaby. Ot, dwa koncerty Artrosis (Wrocław i Kraków), Anathema (lipiec), Fever Ray (sierpień), Closterkeller (październik), dwie imprezy WEF (styczeń i listopad), VNV Nation (grudzień), Cathedrale i kilka mniejszych imprez lokalnych, których nie pamiętam. Ilościowo bez szału. Za to jakościowo… Imprezą roku był fenomenalny wręcz koncert Fever Ray w ramach festiwalu Tauron Nowa Muzyka. To wydarzenie sprawiło, że zacząłem zupełnie inaczej postrzegać granie na żywo. No i dawno tak nie odleciałem :). Drugie miejsce dla VNV Nation za energię, kontakt z publicznością i set. Trzecie miejsce dla Anathemy za świetnych 50 minut muzyki i “Flying”. Wyróżnienie dla imprez WEF (z naciskiem na tą z udziałem Rosjan) i Cathedrali (z naciskiem na luty i grudzień oraz podziękowaniami dla DJów za sety).

Muzyczne odkrycie roku Tak jak pisałem wcześniej zapoznałem się z całą masą nowych dla mnie dźwiękow. W znakomitej większości były to klimaty około-elektroniczne… Nie uwierzycie, ale wciągnął mnie ambient, industrial, EBM… Prym w inspirowaniu mnie wiodła Kamila do spółki z Tomaszem. Ze wszystkich artystów, których poznałem wybrałem Karin Dreijer Andersson. Twórczyni Fever Ray, współtwórczyni The Knife, gościnnie występująca u innych (m.in. Röyksopp)… Dorobek tej kobiety to dla mnie jakiś kosmos. Jej głos zawładnął moim umysłem :). Niniejszym chciałbym podziękować Kamili za przedstawienie mi tej przepięknej muzyki.

Zawodowo
Przyznam się Wam szczerze, że na początku roku nie przewidywałem tego, co się wydarzy. W kwietniu stworzyłem projekt, którego upublicznienie przyniosło dość niespodziewany dla mnie skutek – ludziom się spodobał! Mowa oczywiście o BlipTunes. Z biegiem czasu ta aplikacyjka stała się dla mnie motywacją do zgłębiania tajników programowania na Maki. Zrobiłem podczas jej rozwoju takie rzeczy, że sam się dziwię, że to ogarniam :). Tym bardziej się cieszę i z uśmiechem na twarzy myślę o tych wszystkich godzinach, nocach czy kubkach kawy poświęconych rozwojowi mojego “oczka w głowie”. Chciałbym również podziękować wszystkim użytkownikom i ludziom pomagajacym mi (w ten czy inny sposób) w pracy nad projektem :). Mogę z powodzeniem stwierdzić, że odniosłem mały osobisty sukces :).

Prywatnie
Prywatnie stwierdzam, że to był dobry rok. Działy się fajne rzeczy, dzięki czemu miałem przyjemność kilka razy ujrzeć wschód Słońca :). Najcieplej wspominam te wszystkie Cathedrale, imprezę WEF z udziałem Rosjan, urodziny Miśka…

Jak zwykle od dłuższego czasu trudno mi było wysiedzieć w Częstochowie. Znów zwiedziłem kawałek Polski, tym razem zapuszczając się aż nad morze :). Gdańsk, Kraków, Wrocław, Warszawa, Katowice, Zakopane, Słowacja (w drodze powrotenej z Zakopca), Wielka Brytania i Eurotrip… Jakby na to nie patrzeć pojeździłem sobie po Świecie. Ogromnym pozytywem był wypad do Gdańska, gdzie udałem się na urodziny Jenny. Dobra impreza i świetna wycieczka :).

O minionych 365 dniach możnaby gadać długo i wiele wspominać… Nie ma jednak sensu pisać o wszystkim, bo byście pousypiali przy komputerach z nudów :). Dużo się działo, fajnie się działo, fajnych ludzi się spotkało… Bywało lepiej, bywało gorzej… Ogólny bilans na plus i z tego się cieszyć należy :).

Przed nami 365 dni (teraz to już trochę mniej…) roku 2010go. Dla mnie zacznie się od niemałych rzeczy, ale o tym w swoim czasie :).

Szczęśliwego Nowego Roku!

Życzenia Noworoczne :).

1 odpowiedź

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku chciałbym wszystkim Wam życzyć dużo zdrowia, uśmiechów losu, sił do spełniania marzeń, dobrych pomysłów, powodzenia w pracy (lub w szkole), fajnych imprez, najlepszych-z-najlepszych znajomych. Bez względu na to co, gdzie i z kim będziecie robić w Sylwestra życzę dobrej (i bezpiecznej!) zabawy :).

Do zobaczenia/usłyszenia/spisania się w Sieci w roku 2010tym!

Pozdrawiam,
Tomek Wójcik.

VNV Nation, Klub Progresja, Warszawa, 17.12.2009

2 odpowiedzi

Cofnijmy się w czasie… Jest 21szy listopada, sobota. Wstaję sobie z łóżka, dreptam do kuchni w celu zrobienia kawy. Po drodze odpalam komputer. Z pełnym kubkiem siadam przed monitorem, odpalam GG, na którym czeka na mnie wiadomość dnia od Bubu – 17go grudnia w Warszawie zagrają VNV Nation :). Nadzieję, na to że dane mi będzie w tym roku zobaczyć VNV na żywo w zasadzie straciłem w połowie października, kiedy to zespół opublikował rozpiskę trasy na swojej stronie. A tu proszę – niespodzianka ;).

Do Stolicy wraz z Bubu wybraliśmy się PKS’em, który nasze piękne miasto opuścił o godzinie 12:35. Droga mijała bardzo przyjemnie dopóki nie dotarliśmy do Janek. Spodziewałem się opóźnienia, ze względu na warunki atmosferyczne, ale nie aż dwu i pół godzinnego. Dokładnie z takim poślizgiem dotarliśmy do Warszawy. Całe (słownie: całe) Środmieście było zakorkowane. Autobus, którym jechaliśmy z dworca Warszawa Zachodnia na Stare Bemowo, włókł się niemiłosiernie, dopóki nie opuścił Centrum. O 19:45 po długiej podróży zawitaliśmy w jednym z Warszawskich akademików, gdzie oczekiwał nas Bard z pizzą i herbatą :). Kilkanaście minut później ruszyliśmy do Progresji, która oddalona była o 5 minut spaceru :).

W Klubie dowiedzieliśmy się, że występ supportującej gwiazdę Desdemony został odwołany, ze względu na to, że zespół nie dotarl na czas. Wcale się nie dziwię :). Występ VNV Nation miał się rozpocząć planowo, czyli o 21ej. Godzinka wolnego czasu upłynęła na rozmowach o wszystkim i niczym, czyli w sumie standardowo. Chwilę po 21ej salę wypełniły dźwięki utworu “Pro Victoria”. Ludzie podreptali bliżej sceny… Koncert się zaczął.

O “żywym” VNV Nation słyszałem wiele dobrego – że energia, że zaangażowanie, że kontakt z publicznością, że dobre sety. To co działo się w Progresji przez te dwie godziny występu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że naprawdę świetny set (o nim za chwilę) to jeszcze wzorowe wręcz podejście do odbiorców. Frontman (Ronan Harris) żartował, śmiał się, dyskutował z publicznością i zagrzewał nas do zabawy. Nadało to całej imprezie kameralnego charakteru – nie czułem się jak na koncercie (było nie było) gwiazdy, ale jak na występie zaprzyjaźnionej kapeli :). Zespół specjalnie dla nas zmienił set i wrzucił do niego utwór, którego dopraszała się publiczność. Do nagłośnienia nie mam prawa się przyczepić – staliśmy blisko sceny, a mimo to nie zostaliśmy ogłuszeni. Odpowiednio głośno, bardzo selektywnie i bez problemów technicznych. Wizualizacje i oświetlenie postawiły kropkę nad “i”.

Setlista była taka: “Pro Victoria”, “Tomorrow Never Comes”, “Testament”, “Darkangel”, “Further”, “Sentinel”, “Chrome”, “The Great Divide”, “Illusion”, “Homeward”, “The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Epicentre”, “Beloved”, “Perpetual”. Co tu dużo mówić – pierwsza klasa. Obecność moich ukochanych “Chrome” i “Homeward” bardzo mnie ucieszyła. Agnieszka ucieszyła się z “Epicentre” :). 15 utworów (plus intro) złożyło się na dwie godziny genialnego występu. “Perpetual” przeciągnęliśmy, nie pozwalając artystom zejść ze sceny :). Podczas wielu utworów (“The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Beloved”) słychać było jak 3/4 publiczności spiewało. Mało kto stał w miejscu, a na “Perpetual” zrobiło się naprawdę tłoczno, po tym jak Ron zaprosił wszystkich tak blisko sceny jak się da. Wszystkie utwory zostały zagrane na pełnym gazie, wokalista się nie oszczędzał. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ (nie oszukujmy się) tłumy na imprezę nie przybyły – było może 200 osób. Tuż przed zejściem ze sceny Ron zapewnił nas, że VNV jeszcze do nas wrócą.

Wyszliśmy z Progresji ok. 23:20. Udaliśmy się wprost do akademika w celu odebrania od Barda mojego plecaka. Na dworzec Warszawa Centralna dotarliśmy chwilę po północy. Na miejscu okazało się, że nasz pociąg jest opóźniony o ok. 30 minut. Oczekiwanie na ciuchcię jak i sama podróż do domu upłynęła nam na rozmowach o koncercie i wielu innych rzeczach. O 3:45 dotarliśmy do Częstochowy. Wchodziłem do domu z uśmiechem na twarzy. Problemy komunikacyjne, mróz i tłok w pociągu nie dały rady przyćmić genialnego klimatu i koncertu.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować Agnieszce i Bardowi. W takim towarzystwie i z takim zapleczem żadna droga nie jest straszna ;). Dzięki!

PS. Chciałbym oficjalnie i przy wszystkich przeprosić Bubu za namawanie do złego (czyt. jeżdżenia po Warszawie bez biletów i przechodzenia na czerwonym). Więcej się to nie powtórzy, obiecuję :).

A dla tych, których to wydarzenie ominęło kilka filmików. Materiał nagrany Nokią, więc szału nie ma, ale może poczujecie tą energię…

embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Sentinel”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “The Farthest Star”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Epicentre”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Chrome”

Dysk w MacBook’u padł :(.

1 odpowiedź

Dziś, w środę, 18go dnia miesiąca listopada 2009go roku dysk twardy w moim MacBook’u poległ z przyczyn bliżej nieokreślonych :(. W związku z tym chciałbym poinformać, że sieciowa komunikacja ze mną może być mocno ograniczona. Jeśli nie ma mnie na GG to znaczy, że najpewniej jestem offline. Jeśli macie coś bardzo ważnego to najlepiej będzie jeśli skontaktujecie się ze mną przez e-mail, formularz kontaktowy na tym blogu lub tradycyjnie przy pomocy telefonu komórkowego.

Postaram się reanimować moją dzielną maszynę tak szybko jak pozwolą mi na to możliwości. Spodziewam się, że może mi ten proces zająć nawet tydzień :(. Obawiam się, że sporo danych (na szczęście w większości prywatnych) przepadło bezpowrotnie. Mam jednak nadzieję, że wraz z Forgerem odzyskamy część z nich, przynajmniej tą na której najbardziej mi zależy. Przy okazji – dzięki Forgi za pomoc!

Miłego sieciowania, trzymajcie się i do przeczytania/usłyszenia niebawem!

No comments vol. 4

3 odpowiedzi

#blipiwogdansk

Zdjęcie z wypadu do Gdańska na blipowe piwo połączone z urodzinami ^jenny, 19.09.2009.

Ktoś w pewnym momencie rzucił “Tomek, siądź na leżaku. Porobimy zdjęcia.” a ja się zgodziłem. Oto efekt :).

Zdjęcie autorstwa Jenny.

Starsze Wpisy

Switch to our mobile site