Cofnijmy się w czasie… Jest 21szy listopada, sobota. Wstaję sobie z łóżka, dreptam do kuchni w celu zrobienia kawy. Po drodze odpalam komputer. Z pełnym kubkiem siadam przed monitorem, odpalam GG, na którym czeka na mnie wiadomość dnia od Bubu – 17go grudnia w Warszawie zagrają VNV Nation :). Nadzieję, na to że dane mi będzie w tym roku zobaczyć VNV na żywo w zasadzie straciłem w połowie października, kiedy to zespół opublikował rozpiskę trasy na swojej stronie. A tu proszę – niespodzianka ;).

Do Stolicy wraz z Bubu wybraliśmy się PKS’em, który nasze piękne miasto opuścił o godzinie 12:35. Droga mijała bardzo przyjemnie dopóki nie dotarliśmy do Janek. Spodziewałem się opóźnienia, ze względu na warunki atmosferyczne, ale nie aż dwu i pół godzinnego. Dokładnie z takim poślizgiem dotarliśmy do Warszawy. Całe (słownie: całe) Środmieście było zakorkowane. Autobus, którym jechaliśmy z dworca Warszawa Zachodnia na Stare Bemowo, włókł się niemiłosiernie, dopóki nie opuścił Centrum. O 19:45 po długiej podróży zawitaliśmy w jednym z Warszawskich akademików, gdzie oczekiwał nas Bard z pizzą i herbatą :). Kilkanaście minut później ruszyliśmy do Progresji, która oddalona była o 5 minut spaceru :).

W Klubie dowiedzieliśmy się, że występ supportującej gwiazdę Desdemony został odwołany, ze względu na to, że zespół nie dotarl na czas. Wcale się nie dziwię :). Występ VNV Nation miał się rozpocząć planowo, czyli o 21ej. Godzinka wolnego czasu upłynęła na rozmowach o wszystkim i niczym, czyli w sumie standardowo. Chwilę po 21ej salę wypełniły dźwięki utworu “Pro Victoria”. Ludzie podreptali bliżej sceny… Koncert się zaczął.

O “żywym” VNV Nation słyszałem wiele dobrego – że energia, że zaangażowanie, że kontakt z publicznością, że dobre sety. To co działo się w Progresji przez te dwie godziny występu przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że naprawdę świetny set (o nim za chwilę) to jeszcze wzorowe wręcz podejście do odbiorców. Frontman (Ronan Harris) żartował, śmiał się, dyskutował z publicznością i zagrzewał nas do zabawy. Nadało to całej imprezie kameralnego charakteru – nie czułem się jak na koncercie (było nie było) gwiazdy, ale jak na występie zaprzyjaźnionej kapeli :). Zespół specjalnie dla nas zmienił set i wrzucił do niego utwór, którego dopraszała się publiczność. Do nagłośnienia nie mam prawa się przyczepić – staliśmy blisko sceny, a mimo to nie zostaliśmy ogłuszeni. Odpowiednio głośno, bardzo selektywnie i bez problemów technicznych. Wizualizacje i oświetlenie postawiły kropkę nad “i”.

Setlista była taka: “Pro Victoria”, “Tomorrow Never Comes”, “Testament”, “Darkangel”, “Further”, “Sentinel”, “Chrome”, “The Great Divide”, “Illusion”, “Homeward”, “The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Epicentre”, “Beloved”, “Perpetual”. Co tu dużo mówić – pierwsza klasa. Obecność moich ukochanych “Chrome” i “Homeward” bardzo mnie ucieszyła. Agnieszka ucieszyła się z “Epicentre” :). 15 utworów (plus intro) złożyło się na dwie godziny genialnego występu. “Perpetual” przeciągnęliśmy, nie pozwalając artystom zejść ze sceny :). Podczas wielu utworów (“The Farthest Star”, “Nemesis”, “Standing”, “Beloved”) słychać było jak 3/4 publiczności spiewało. Mało kto stał w miejscu, a na “Perpetual” zrobiło się naprawdę tłoczno, po tym jak Ron zaprosił wszystkich tak blisko sceny jak się da. Wszystkie utwory zostały zagrane na pełnym gazie, wokalista się nie oszczędzał. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ (nie oszukujmy się) tłumy na imprezę nie przybyły – było może 200 osób. Tuż przed zejściem ze sceny Ron zapewnił nas, że VNV jeszcze do nas wrócą.

Wyszliśmy z Progresji ok. 23:20. Udaliśmy się wprost do akademika w celu odebrania od Barda mojego plecaka. Na dworzec Warszawa Centralna dotarliśmy chwilę po północy. Na miejscu okazało się, że nasz pociąg jest opóźniony o ok. 30 minut. Oczekiwanie na ciuchcię jak i sama podróż do domu upłynęła nam na rozmowach o koncercie i wielu innych rzeczach. O 3:45 dotarliśmy do Częstochowy. Wchodziłem do domu z uśmiechem na twarzy. Problemy komunikacyjne, mróz i tłok w pociągu nie dały rady przyćmić genialnego klimatu i koncertu.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować Agnieszce i Bardowi. W takim towarzystwie i z takim zapleczem żadna droga nie jest straszna ;). Dzięki!

PS. Chciałbym oficjalnie i przy wszystkich przeprosić Bubu za namawanie do złego (czyt. jeżdżenia po Warszawie bez biletów i przechodzenia na czerwonym). Więcej się to nie powtórzy, obiecuję :).

A dla tych, których to wydarzenie ominęło kilka filmików. Materiał nagrany Nokią, więc szału nie ma, ale może poczujecie tą energię…

embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Sentinel”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “The Farthest Star”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Epicentre”
embedded by Embedded Video

VNV Nation – “Chrome”